2011-10-15 23:56:04 >>
Pożegnanie z mistrzami
Do stu tysięcy jednakowych miast! Blogoterapia szokowa niszczy psychikę prawie jak dekstrometorfan zmieszany z alkoholem i Pulp Fiction. Czego by nie mówić o bzdurach, o których za młodu lubiłam pisać, przyznać mi trzeba, że momentami cholernie dobrze pisałam. Nauczyłam się tego w liceum, kiedy jeszcze potrafiłam swobodnie myśleć i korzystać z dorobku kulturowego, który przekazał mi w ciągu trzech lat Wybitny Nauczyciel. Studia zabiły we mnie indywidualizm, obdarły z ideałów. Myślałam, że zaczynam nowe życie, a trafiłam do wylęgarni tępych pasożytów, wśród których desperacko poszukiwałam miłości tak długo, aż stałam się wypalonym człowiekiem bez chęci do życia.
Tej, nawiasem mówiąc, nigdy w sobie nie miałam za wiele (chyba że byłam pod wpływem jednej z uszczęśliwiających substancji, których niegdyś sobie nie żałowałam), ale przyznać mi trzeba, że nawet w największym nieszczęściu byłam twórczo płodna. Nieprzypadkowo prawdopodobnie najlepsze zdjęcia w moim życiu zrobiłam w jednym z najbardziej obfotografowanych plenerów - w Grodźcu - raptem parę dni po tym, jak dotarło do mnie, że się zakochałam. Tak, druga z rzędu nieodwzajemniona miłość to było zdecydowanie za dużo jak na emocjonalny chaos, który od zawsze uosabiam.
Jak czas pokazał, odwzajemnienie uczuć wcale w życiu wiele nie zmienia. Zaczeło podobnie jak w 2004 roku - od alkoholu. Nie jest to dobry początek, zwłaszcza, gdy ostatnie, czego w życiu się chce, to skazanie się na kolejne załamanie nerwowe spowodowane złamanym sercem. To, jak dotychczas, nie nastąpiło, choć boję się, że mimo całej mojej nadziei na ten związek, kiedyś może stać się faktem. Widzę to po powielanych przeze mnie schematach, z którymi nie da się walczyć. Gdybym potafiła dotrzymywać obietnic, przysięgłabym, że już nigdy więcej z nikim się nie zwiążę, ani, co gorsza, w nikim się nie zakocham. Nigdy.
Dzisiaj , chcąc nie chcąc, jestem na życiowym zakręcie numer 46873, jestem magistrem bezrobocia, jestem rozchwiana emocjonalnie i jedyną moją życiową perspektywą jest śmierć samobójcza przed 30. Kolejny raz jestem na etapie nienawidzenia innych ludzi za to, że potrafią żyć. Jestem wadliwą częścią maszyny, którą już dawno wymieniono na nową. Za jakiś czas ze wstydem przeczytam ten wpis, bo wtedy będę już wiedziała, co powinnam była zrobić. A teraz nie wiem i cokolwiek zrobię - będzie to błędna decyzja.
Kiedy spadł ten pierwszy kamień, który spowodował lawinę? 21 sierpnia 1987?
skomentuj (0)
2011-09-26 23:08:55 >>
Empty spaces, abandoned places
Kolejnej nocy zawędrowałam do opuszczonego miasta moich marzeń - Prypeci, jaka pierwotnie mnie zafascynowała i w jakiej zawsze chciałam się znaleźć. Nie wiem jak się tam dostałam - po prostu nagle byłam z jakąś nieznaną mi dziewczyną w opuszczonym, lecz dobrze zachowanym hotelu. Ot, wyrwane drzwi do pokoju, wszędzie kurz, pusty szyb windy, a poza tym w porządku - wszystko jakby przed chwilą zostawione, lecz już nieco wyniszczałe. Później pojawiło się na naszych nuklearnych wakacjach więcej nieznanych mi osób, ale wszyscy jakoś żyliśmy w niczyich pokojach, zupełnie jak normalni wczasowicze. No, może poza tym, że zazwyczaj w hotelach nie gasi się z przerażeniem światła w obawie przed złapaniem, gdy zobaczy się ludzi za oknem. Ludzi czekających na imprezę, bo nagle okazuje się, że w budynku naprzeciwko organizowana jest dyskoteka (coś ala sylwester w Hotelu Forum w Krakowie).
Ten motyw - odżywanie opuszczonego miasta - już któryś raz pojawia się w moim śnie. Jest kilka takich elementów, które wracają, np. Czekanka - po leśnej drodze jeżdżą autobusy, obok jest bagno z jakimiś mostami, jest też leśna ścieżka, bardzo długa, w zasadzie biegnąca w nieskończoność. Albo droga do Katowic, wzdłuż której pojawiają się jakieś inne trasy, jeżdżą tramwaje, a same Katowice jawią się albo jako skupisko familoków, albo jako gigantyczna metropolia zbudowana z wieżowców. Raz nawet przez sam środek miasta płynęła wielka rzeka i był przy niej port oraz wielki most; z kolei innym razem jadąc tramwajem w kierunku Koszutki trafiało się na ogromne skrzyżowanie. Prawie zawsze Katowice wyglądają na znacznie większe niż są w rzeczywistości - albo ja jestem wyjątkowo mała...
Mam czasami wrażenie, że moje sny są ze sobą jakoś powiązane, bywam w tych samych miejscach, spotykam tych samych ludzi, często jeden sen nawiązuje do drugiego niczym kolejny odcinek tego samego serialu. Gdy byłam dzieckiem, miałam często dwa okropne koszmay, przez które budziłam się przerażona. Oba były zupełnie abstrakcyjne - w jednym istniał pewien wielki kstałt/materia/etc. i to musiało się zmieścić w czymś małym (pudełku?), ale nie było to możliwe. Drugi - niekończące się boisko piłkarskie, coś po czym się biegnie, a raczej samo się przesuwa przed oczami i do niczego nie prowadzi, tylko uporczywie trwa w nieskończoność.
Miewałam te dwa sny dość często jako małe dziecko, później jakoś samo przeszło, choć może 2-3 lata temu jednorazowo oba wróciły jednej nocy. Nadal są tak samo przerażające poprzez to, że są tak nierealne i przytłaczające. Przedstawiają coś, co nawet trudno opisać, a co dopiero zrozumieć i okiełznać.
skomentuj (0)
2011-09-20 06:45:31 >>
Sen o dolinie
Nienawidzę co rano wracać z mojego idealnego świata do tej namacalnej beznadziei pokrytej chmurami i deszczem. We śnie nie czuć bólu, można być każdym, z każdym i odczuwać chociaż w ten sposób namiastkę wyimaginowanej normalności i szczęścia. Dziś zwiedzałam przepiękny przemysłowy zamek w Bułgarii albo na Węgrzech, choć był on bardzo blisko, zaraz obok bramy w kształcie charta i pomnika szkieletu. Obok były góry i slumsy, ale to mi nie przeszkadzało. Później jechałam też sześcioosobowym autobusem z ukrytymi siedzeniami i komuś życzyłam źle, a z kimś innym się widziałam. I zadzwonił do mnie spiker z radia, mogłam coś wygrać, ale nie potrafiłam zgadnąć hasła: "stan, jak się ludziom coś nie podoba, ale nie mogą tego zmienić w demokracji". Byłam wtedy w pracy, w jakimś dziwnym budyku, gdzie zamiast pracować, siedziałam z przeróżnymi ludźmi, rozmawialiśmy i było całkiem fajnie. Nawet przez sen potrafiłam zaganiać kolegę do robienia identyfikatorów na konferencję pewnej firmy na V!
A później dźwięk budzika złamał mi serce, przypomniał, że jestem nikim i nie chcę żyć. Przetrwanie kolejnego takiego samego dnia jest jedynym, co mogę w życiu osiągnąć.
skomentuj (0)